X-Men: Przeszłość, która nadejdzie (2014) | Dialog z samym sobą o podróży w czasie | Recenzja Filmu

Długo się zabierałem za napisanie kilku słów o najnowszym siódmym już z serii filmem "X-Men: Przeszłość, która nadejdzie". Przede wszystkim dla tego, że jestem ogromnym fanem mutantów i nie chciałem zbyt pochopnie wyciągać. Z jednej strony, jest to najlepsza ekranizacja jaką widziałem w 2014 roku i jedna z najlepszych serii, która rozpoczęła się filmem "X-Men" w 2000 roku. Reżyserem "X-Men: Przeszłość Która Nadejdzie" jest Bryan Singer, który powrócił do tej serii po 11 latach przerwy. To właśnie Singer sprawił, że filmy "X-Men" i "X2" są takie genialne i po tylu latach świetnie się je ogląda. 

Recenzja filmu X-Men: Przeszłość, która nadejdzie (2014) Hugh Jackman, Ian McKellen, Patrick Stewart, Halle Berry | Zjadacz Filmów Blog Filmowy

Zacznę od tego, co mi się podobało w tym filmie. Przede wszystkim był bardzo sprawnie nakręcony i oglądało się go z zainteresowaniem. Po krótkim, bardzo zresztą skróconym i komiksowym wstępie o wielkiej wojnie mutantów z robotami Sentinel od razu przechodzimy do bardzo efektownych i ciekawie zrealizowanych scen walki. W pierwszych 5 minutach filmu niemal wszyscy mutanci giną z rąk Sentineli, ale to nic, bo Kitty Pryde (Ellen Page) dzięki swoim super mocom przenosi umysł Bishopa (Omar Sy) kilka dni wstecz, dzięki temu ten może ostrzec wszystkich przed atakiem robotów. Nasi bohaterowie zmieniają lokalizację z Moskwy na Chiny (tak, jakby Chiny były stolicą a nie Państwem) i do grupy młodych mutantów dołączają starzy wyjadacze - Profesor X (Patrick Stewart), Magneto (Ian McKellen), Wolverine (Hugh Jackman) i Storm (HalleBerry). Walka z Sentinelami jest nie do wygrania, ponieważ te roboty potrafią przejmować moc mutantów i wykorzystywać ją przeciwko nim. Rada starszych postanawia, że trzeba przenieść w czasie umysł Wolverine, ponieważ on jako jedyny ma moc uzdrawiania się, więc na spokojnie można go przerzucić 50 lat wstecz. Tak też się dzieje i Logan ląduje w Nowym Jorku w roku 1973, czyli 11 lat po wydarzeniach z poprzedniego filmy "X-Men: First Class" (2011). Wolverine musi spotkać się z młodym Profesorem Xavierem (James McAvoy) i młodym Magneto (Michael Fassbender) i przekonać ich, żeby razem powstrzymali Mystique (Jennifer Lawrence) przed zabiciem Bolivara Traska (Peter Dinklage). Dzięki temu mutanci mają uniknąć rzezi, która 50 lat później zmiecie ich z powierzchni Ziemi. Co do samej fabuły i paradoksów podróżowania w czasie wypowiem się w drugiej części tekstu a teraz skupię się na tych niepodważalnie najlepszych momentach "X-Men: Days of Future Past".

Jak już wspomniałem zdjęcia były bardzo dobre - nic nadzwyczajnego, ale oglądanie tego filmu sprawiało przyjemność. Był kolorowy, dynamiczny i bardzo komiksowy. Bardzo fajne były stroje mutantów z przyszłości i cała wizja świata spustoszonego przez wojnę. Sceny walki również były imponujące. Na szczęście nie było ich za dużo i dobrze, bo dzięki temu mogliśmy skupić się na bohaterach, a nie na wybuchach. Walka na początku, na środku i sporo akcji pod sam koniec - idealnie. No i dialogi bardzo dobre a dowcipy nie suche w przeciwieństwie to takich filmów jak "Kapitan Ameryka 2" czy "NiesamowityCzłowiek Pająk 2"


Co do samych postaci to mam trochę mieszane uczucia. Nie podobało mi się to, że tacy mutanci jak Blink (Fan Bingbing), Sunspot (Adan Canto), Warpath (Booboo Stewar) czy Colossus (Daniel Cudmore) pojawili się tylko po to, żeby powalczyć przez 5 minut i od razu zginąć. Nie podobało mi się również to, że postać Bishopa została tak bardzo zepchnięta na margines. Ale jestem w stanie zrozumieć, że w filmie są dużo ważniejsze postacie niż te wymienione przeze mnie.

Recenzja filmu X-Men: Przeszłość, która nadejdzie (2014) Bryan Singer, Ellen Page, James McAvoy, Michael Fassbender | Zjadacz Filmów Blog Filmowy

Ogromnym plusem filmu jest to, że łączy w sobie postacie i historię z prawie wszystkich poprzednich filmów z serii. W końcu większość aktorów mogliśmy oglądać wcześniej i ich obecność dodaje smaku całej produkcji. Na szczęście Halle Berry nie odzywa się przez cały film, co jest wielki plus. Niestety Jennifer Lawrence ponownie wcieliła się w rolę Mystique, w której moim zdaniem jest beznadziejna. Skoro może się zmieniać w każdego, to czemu nie zmieni się w kobietę, która nie ma podwójnej brody i umie grać? Młoda wersja Profesora X przypomina na początku postać "Kolesia" z filmu "The Big Lebowski" (1998) - wiecznie naćpany, wszystko olewający, zaniedbany i chodzący po mieście w szlafroku koleszka. Michael Fassbender w roli Magneto jest tak samo dobry jak w "X-Men: Pierwsza Klasa". Jedną z najciekawszych postaci, która pojawiła się tylko na potrzeby kilku scen jest Quicksilver (Evan Peters) - jednak to właśnie scena uwolnienia Magneto z więzienia pod Pentagonem jest najlepsza z całego filmu. Do reszty mutantów nie mam większych zastrzeżeń, widać że Singer odrobił pracę domową.

Peter Dinklage jako Bolivar Trask jest tak samo dobry jak Tyrion Lannisterw w "Grze o Tron". Kto by pomyślał, że taki mały człowieczek skupia na sobie uwagę wszystkich za każdym razem kiedy coś mówi. Kolejnym dobrym posunięciem jest postać Majora Williama Strykera (Josh Helman), który jest kluczową postacią filmowego uniwersum X-Menów. Trask nawet wspomina o jego synu, który w 1973 roku ma 10 lat, ale którego mogliśmy zobaczyć w filmie "X2" w dorosłej postaci - niezły psychol swoją drogą.

To by było na tyle - dobrze nakręcony, świetnie zagrany i zrealizowany z rozmachem, dystansem i szacunkiem do poprzednich filmów z serii X-Men. I wszystko byłoby idealnie, gdyby nie głos w mojej głowie, który nie zgadza się z założeniami, które stanowią podstawę całej fabuły. Dalsza część tekstu to nie tylko spojlery, ale i niebezpieczna wędrówka w najciemniejsze zakamarki mojego małego rozumku. Przeczytaj tylko wtedy, kiedy naprawdę nie masz nic lepszego do zrobienia w tym czasie. Ostrzegałem.

Jest kilka elementów fabuły, z którymi nie mogę się zgodzić i których nie umiem przyjąć bezrefleksyjnie. Nie wiem czy dobrze to zrozumiałem, ale jak to jest z tym przenoszeniem umysłu w przeszłość? Ile to trwa? Kiedy na początku Kitty Pryde przenosiła Bishopa, żeby ten ostrzegł wszystkich o ataku Sentineli trwało to chwilę. W przypadku Logana rozumiem, że musiała go trzymać tak długo aż ten nie załatwi sprawy w przeszłości, czyli nie dość, że przeniosła go w czasie o 50 lat to jeszcze musiała poczekać aż ten przez kilka dni albo tygodni doprowadzi do zmiany historii. Czy to nie cudowny zbieg okoliczności, że akurat kiedy Loganowi udało się zmienić przeszłość Sentinele były już o krok od zabicia jego i jego przyjaciół w przyszłości? A gdyby Logan potrzebował jeszcze dnia, albo roku żeby doprowadzić sprawy do porządku, to rozumiem że cały plan byłby na nic?


Recenzja filmu X-Men: Przeszłość, która nadejdzie (2014) Peter Dinklage, Fan Bingbing, Adan Canto, Jennifer Lawrence | Zjadacz Filmów Blog Filmowy

Dlaczego to wszystko nie ma sensu? Dlaczego nigdy nie powstałyby roboty a takich zdolnościach? Dlatego, że Trask był jedyną osobą zaangażowaną w projekt zbudowania tych wielkich robotów. Miał swoją fabrykę, gdzie jak się później okazało były już gotowe roboty tylko czekające na zatwierdzenie senatu. Wiadomo z filmu, że senat nie dał na to zgody i chwilę później Mystique wpakowała kulkę w czoło Traska. I teraz moja teoria jest taka, że gdyby Mystique faktycznie go zabiła, to nie bardzo miałby kot podchwycić temat i kontynuować myśl technologiczną Traska i pielęgnować nienawiść do mutantów. Ale załóżmy na potrzeby tej dyskusji, którą prowadzę sam ze sobą, że po jego śmierci pałeczkę przejął major Stryker, który jest młodym żołnierzem z pustą głową. No dobra, może nie jest jakimś pustakiem ale nie wygląda na naukowca, który mógłby wpasować się w skądinąd małe buty Truska i przejąć władzę nad wszystkim zaczynając od prowadzenia ogromnej firmy do badań nad mutantami. Dla tego nie widzę w tym jakiejś logiki.

Wracając do Traska i jego technologii, to okazuje się że był to największy znany wizjoner, który każdy swój nawet najbardziej abstrakcyjny i niemożliwy pomysł potrafił urzeczywistnić. Skoro już zbudował roboty tak zaawansowane technologicznie to nie miałby żadnego problemu żeby z próbki krwi Mystique znalezionej na betonie wyciągnąć DNA i zaaplikować je robotom tak, żeby były w stanie przejmować moce mutantów. Nic prostszego. Trask wpadł na ten pomysł dopiero wtedy, kiedy obejrzał próbkę krwi pod mikroskopem i powiedział, że to przyspieszy jego badania o lata albo i dekady. Tylko zaraz, zaraz - skoro Trask by zginął z ręki Mystique, to znaczy że nigdy by nie wpadł na ten pomysł. I na pewno takie popychadło jak Major Stryker nie miałby takiego samego pomysłu i na pewno nie umiałby tego wykorzystać. Nie sądzę, żeby to miało sens - śmierć Traska mogłaby rozpocząć walkę z mutantami, ale nie sprawiłaby że wszystkie jego pomysły wprowadzono by w życie.

Skoro Trask przeżył, prototypy robotów zostały zniszczone i wszyscy pokochali mutantów włącznie z prezydentem, to dlaczego wszystko inne się zmieniło? Niech zgadnę - może po to, żebyśmy mogli znowu zobaczyć bohaterów, których jakiś idiota zabił w filmie "X-Men: The Last Stand" (2006)? Dobre, ale nieprawdziwe i zbyt cukierkowe. Na swoją obronę mam tylko tyle, że moje życie jest bardzo smutne a mój wewnętrzny świat zbyt skomplikowany żeby zrozumieć, że to tylko film, fikcyjni bohaterowie i ich fikcyjne problemy związane z podróżowaniem w czasie. Nie umiem niestety wypośrodkować swojego życia i popadam ze skrajności w skrajność a rozmowy, które przeprowadzam sam ze sobą powinny być formą terapii, a nie pogłębianiem moich paranoi. No cóż - widocznie nie zawsze wychodzi tak, jakbym tego chciał. Na koniec mam jeszcze tylko trzy luźne uwagi w formie pytań:


Wiem, że jestem ignorantem i bardzo ograniczonym umysłowo człowiekiem ale mimo wszystko próbuję zrozumieć to podróżowanie w czasie. Bo załóżmy na chwilę, że do bazy w Chinach wpadają roboty, zabijają wszystkich łącznie z Loganem, Magneto i profesorem i co się dzieje wtedy? Przeszłość w której funkcjonuje Logan w roku 1973 przestaje istnieć? Skoro ktoś umarł w przyszłości, to raczej nie umrze w przeszłości. Zakładam również, że Logan istnieje w rzeczywistości 1973 roku tak długo jak Kitty Pryde trzyma jego głowę między swoimi dłońmi. Gdyby przestała to robić, to co by się stało? I skąd ona wie, kiedy misja jest ukończona a kiedy nie? Skąd wie, że przeszłość została zmieniona? 

Bestia mówi o teorii w fizyce kwantowej, która zakłada że czas jest zmienny. Jeżeli wrzucimy kamień do rzeki, to nic się specjalnie nie zmieni - rzeka dalej będzie płynęła w tym samym kierunku. Więc co jeśli czasu nie da się zmienić? Bestia ma tutaj słuszność - wszystko co na razie się działo w filmie tylko przyspieszyło bieg zdarzeń i nie dawało szansy na jakieś zmiany. Na szczęście mamy do czynienia z filmem na podstawie komiksu, więc w zasadzie wszystko jest możliwe. Z tego co wiadomo, to podróż w czasie jest mało prawdopodobna, więc i dyskutowanie na ten temat jest bardzo hipotetyczne i można sobie założyć cokolwiek i nikt nie udowodni, że się mylimy. Ani że mamy rację. 

Kolejną rzeczą, do której chciałbym się przyczepić jest podstawa całej fabuły filmu, czyli stworzenie armii robotów likwidujących mutantów i wszystkich ludzi, którzy im pomagają. Wszystko zaczęło się od tego, że Mystique zabiła Bolivara Traska i w tym samym momencie została złapana przez Strykera. Przeprowadzano na niej eksperymenty, torturowano ją i podejrzewam że skoro sprawy potoczyły się tak a nie inaczej, to żywa stamtąd nie wyszła. Po niemal 50 latach cała Ziemia została spustoszona a ludzie i mutanci skończyli jak Żydzi w obozach koncentracyjnych. To analogia akurat jest uzasadniona, ponieważ nawiązania do obozów śmierci mieliśmy w pierwszym filmie "X-Men" (2000) i przedostatnim "First Class" (2012). Tak więc Ziemia jest totalnie zniszczona, ciała mutantów i ich kości walają się w zbiorowych masowych grobach a roboty polują na pozostałych ocalonych X-Menów. Już w pierwszych zdaniach mówi się o wojnie, której nie można wygrać ponieważ Sentinele mają zdolność przyjmowania mocy innych mutantów. Jedynym ratunkiem jest przenoszenie się w czasie o kilka dni i zmienianie kryjówki. 

Jeżeli miałbym pójść tym tropem, to wychodzi na to że wszystko to co widzieliśmy w poprzednich 5 filmach z serii X-Men (nie liczę „Pierwszej Klasy” – wiadomo) nie wydarzyło się. Po pierwsze nie byłoby Mystique, po drugi roboty stworzone do zabijania mutantów powinny być tematem wszystkich późniejszych filmów, ponieważ stanowiłyby największe zagrożeni. Swoją drogą świetnie w filmie oddano klimat lat 70 tych, ale podejrzane jest to, że Trask dysponował technologią, która pozwoliła mu zbudować ogromne w pełni funkcjonalne, samo myślące i podejmujące działania roboty. Jeżeli posiadał taką technologię, to jakim cudem Ameryka przegrała wojnę w Wietnamie? Wystarczyło pokazać Prezydentowi te cudeńka, wspomnieć o 50 tysiącach żołnierzy, którzy regularnie wracają w czarnych workach do domu i na pewno senat by się zgodził na zbudowanie i wysłanie robotów do Wietnamskich dżungli. Ale nie - walka z mutantami, o których nikt nie słyszał jest w jakiś magiczny sposób priorytetem i celem życiowym Truska i całej Ameryki. Co one mu zrobiły? Czemu czuje do nich taką nienawiść? Dlaczego wszyscy wierzą, że są zagrożeniem skoro nawet jak doszło w Paryżu do walki Magneto z Bestią to wszystko rozgrywało się na oczach ludzi i żaden człowiek nie ucierpiał. Ale cały świat dowiedział się o mutantach i od 1973 roku ich obecność nie była tajemnicą.

Dla czego Cerebro widzi tylko mutantów, którzy, płaczą i krzyczą? Czy wszyscy mutanci na całym świecie cierpią w tym samym momencie? Kiedy Profesor X po długiej przerwie zasiada do Cerebro, żeby odszukać Mystique, taki właśnie dostajemy obrazek bólu i cierpienia.

Profesor Xavier z przyszłości powiedział, że w 1973 roku nie miał jeszcze swojej mocy czytania w myślach, chociaż zaczął słyszeć myśli innych kiedy miał 9 lat. To jak to jest z nim? 

Quicksilver ma najlepszą scenę w filmie, która jest bardzo efektowna ale jak się nad tym zastanowić, bardzo głupia. Kiedy ochrona Pentagonu strzela do Magneto, Profesora X i Logana, Quicksilver w błyskawicznym tempie postanawia zareagować. W tym momencie zakłada słuchawki na uszy, odpala walkmana i w naprawdę efektowny sposób wprowadza mały zamęt. Chociaż trwa to na ekranie półtorej minuty, to w rzeczywistości filmowej był to ułamek ułamka sekundy. Dlatego też nie ma najmniejszego sensu włączenie przez Quicksilver walkmana i nie ma możliwości, żeby przesłuchał prawie cały kawałek. Przyznaję, że dzięki temu ta scena była wyjątkowa, ale jednocześnie nie miała najmniejszego sensu. Piosenka, która leciała to "Time in a bottle" Jima Crocea z 1973 roku.

Komentarze

Cóż za zbieg okoliczności :) właśnie wczoraj miałam przyjemność obejrzeć ten film :) Nieco współczuje podejścia, gdyż odbiera ono sporo przyjemności z oglądania, jednakowoż tekst mimo to czyta się dobrze, nie mając ochoty zaszlachtować autora :) z pozytywami się zgadzam, a do wielkich ALE dorzuciłabym jeszcze fakt, że Profesor X, w starszej wersji, mimo że jest potężnym psionicznym mutantem, w żaden sposób nie wykorzystał swoich mocy przeciwko Sentinelom. Facet potrafił poskładać swoje komórki po ataku Feniks, a w scenach dziejących się w przyszłości nie użył swojego talentu nawet raz! Poza tym, plakat reklamujący ten konkretny film, był jednym z gorszych jakie widziałam w tym roku.
Ja też sobie współczuje podejścia - strasznie uciążliwa sprawa :) Ale taki już mój urok, przestałem z tym walczyć i staram się to przerodzić w takie właśnie teksty. To sprawdź sobie tą galerię plakatów - mnie zniszczyła :) http://zjadaczfilmow.blogspot.com/2014/07/13-alternatywnych-plakatow-do-x-men.html

Popularne posty z tego bloga

"Damien: Omen II" 1978 | "Omen III" 1981 | "Omen: 666" 2006 | Recenzja Filmu

"Hwayi: A Monster Boy" (2013) Czyli Krwawe Kino Familijne Prosto z Korei | Recenzja Filmu

"Falling Down / Upadek" (1993) Czyli Michael Douglas Bierze Sprawy w Swoje Ręce | Recenzja Filmu