Doomsday Book (2012) | Koreańskie Sci-Fi | Recenzja Filmu

Byłem wczoraj w Kinie Lab na koreańskim filmie Doomsday Book 2010. Niestety był to przedostatni film z cyklu K-MOVIE SCREENING 2013 - przeglądu kina koreańskiego. Będzie jeszcze 28/12 Maundy Thursday / Urideul-ui Haengbok-han Shigan - mam nadzieję, że uda mi się wybrać. Bilety po 7 zł, kameralna salka, nie ma przypadkowych ludzi - najlepsze warunki. W ogóle nie mam zielonego pojęcia o kinie azjatyckim - nie lubię nawet anime za bardzo, o mandze już nie wspomnę. Ale lubię filmy, więc z chęcią wybrałem się na Doomsday Book. Już po obejrzeniu filmu, zorientowałem sie że ten reżyser - Kim Jee-Woon - wyreżyserował horror, który ostatnio widziałem I Saw The Devil. Film był mocny, brutalny i trochę przerysowany, ale co najważniejsze, był inny - bardziej przerażający niż te oklepane slashery amerykańskie. Dla tego byłe ciekawy, jak wygląd koreańskie Sci-Fi. 

Recenzja filmu "Doomsday Book" 2012 Południowa Korea | Zjadacz Filmów Blog Filmowy

Doomsday Book składa się z 3 nie powiązanych ze sobą historii. Pierwsza część jest wariacją na temat apokalipsy zombie. Kolejna opowiada o robocie, który przebywając w buddyjskim zakonie zostaje oświecony i staje się kolejnym wcieleniem buddy. Ostatnia opowiada o zbliżającej się do Ziemi kuli bilardowej o średnicy 10 kilometrów i nieuniknionej zagładzie (doomsday).
W filmie jest sporo odniesień do Chrześcijaństwa, czego się w ogóle nie spodziewałem. W pierwszej historii o Zombie jabłko jest początkiem epidemii - a jak wszyscy wiedzą, to był zakazany owoc w Raju, po który sięgnął Adam przeciwstawiając się tym samym Bogu. Od zawsze wiadomo, że zabawa genetyką to jak zabawa w Boga - wiadomo również, że kiedy już nastąpi apokalipsa Zombie (a nastąpi - wiadomo), to będzie spowodowana jakimś wirusem, wyhodowanym w tajnym, wojskowym laboratorium, w jakim pracuje bohater pierwszej historii. Najciekawsza jednak jest druga opowieść, o robocie, który początkowo miał służyć do zajmowania się rachunkami buddyjskiego klasztoru, ale doznał oświecenie i stał się kolejnym wcieleniem buddy. Nie znam za dobrze tej religii, jak w sumie żadnej innej poza starym dobrym chrześcijaństwem, ale na pewno było w tej opowieści dużo różnych analogii, których nie dostrzegłem. 

Ogólnie podobało mi się zderzenie ascetycznego klasztoru z najnowszą technologią. Siedzący wśród mnichów i modlący się biały robot wyglądał świetnie. Dialogi są bardzo głębokie i mocno filozoficzne. Słucha się ich na prawdę dobrze i nie można się oderwać nawet na chwilę, żeby nie umknęło jakieś kluczowe słowo. Podobał mi się monolog Szefa, który przybył do klasztoru aby wyłączyć "uszkodzonego' Robota - żeby nie pozwolić Robotom się rozwijać i myśleć, ponieważ wtedy zapanują nad światem i doprowadzą do jego zagłady (doomsday). Sprawa wydaje się przegrana, kiedy jakiś Główny Szef Klasztoru przemawia do mnichów w postaci hologramu i zarzuca Robotowi, że nie może być wcieleniem buddy i nie może być oświecony, ponieważ do zrozumienia tego jest potrzebny cykl umierania i rodzenia się. A roboty są tylko maszynami. I każe mu się usunąć, ponieważ wprowadza zamieszanie i jest przeszkodą na drodze do zrozumienia. Odpowiedź Robota i koniec historii to najlepsze momenty, więc nic nie zdradzam.

Recenzja filmu "Doomsday Book" 2012 Południowa Korea | Zjadacz Filmów Blog Filmowy

Ostatnia opowieść jest w moim przekonaniu ukłonem w stronę serialu Twilight Zone i tego typu niesamowitych i absurdalnych historii. A takie oczywiście uwielbiam. Do Ziemi zbliża się wielki meteoryt o średnicy 10 kilometrów. Za kilkanaście godzin ma nastąpić koniec Świata i wszyscy się przygotowują na uderzenie. Ta historia akurat mnie zmęczyła troszkę - pewnie przez swoją surrealistyczną wizję wielkiej kuli bilardowej lecącej w stronę Ziemi - ale w połączeniu z moim uwielbieniem do Strefy Mroku oglądało się bardzo dobrze. Ta ostatnia opowieść miała też drugie dno - była satyrą na polityków i na telewizję. Pierwsza opowieść miała śmieszne momenty, druga była śmiertelnie poważna, a na trzeciej to już można było się na prawdę pośmiać. Była zrobiona z jajem i świetnie pasowała na podsumowanie filmu. 

Co by nie mówić - film był niezły, ale przede wszystkim inny i świeży. Na szczęście nie irytował mnie język koreański - a zawsze jak myślę o kinie azjatyckim, to odpycha mnie właśnie ten dziwny sposób mówienia. Ale okazało się, że to zwykłe uprzedzenia - a nawet dobrze posłuchać koreańskiego języka, dla odmiany. Na koniec dodam tylko, że zdjęcia były na prawdę świetne - szczególnie w klasztorze. Jest to film bardzo przyjemny dla oka. A największe wrażenie zrobił na mnie sam Robot. Wystarczyła jego biała, wyrzeźbiona jak ludzka twarz maska, która nie zdradzała żadnych emocji. Ale subtelnymi ruchami głowy nadrabiał wszystko. Nie miałem wątpliwości, kiedy jest zamyślony a kiedy smutny a kiedy gryzie się w język, żeby odpowiedzieć na "poniżanie" przez człowieka. Było to genialne i przekonywujące.

Recenzja filmu "Doomsday Book" 2012 Południowa Korea | Zjadacz Filmów Blog Filmowy

Kim Jee-Woon wyjechał do Hollywood i nakręcił film z Arnoldem Schwarzeneggerem w 2013r. Likwidator okazał się wielką klapą...nie dziwię się - widziałem ten film jakiś czas temu i scenariusz był masakrycznie słaby a wykonanie jeszcze gorsze. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz (2014) | Głupot ciąg dalszy | Recenzja Filmu

Kto stworzył postać Spider-Mana? | Steve Ditko, Stan Lee, Jack Kirby

"Oldboy" (2003) Czyli Krwawa Zemsta w Koreańskim Stylu | Recenzja Filmu